Archiwum autora: Remik

Życiowy glut

Co słychać?
Nie mam chęci. Generalnie do niczego. Zabieram się za coś, by za chwilę stwierdzić, że mi się nie chce albo mam coś innego do roboty. Denerwuje mnie ten stan. Stoję w miejscu, kiedy wszystko pędzi do przodu. Wiem, że tak być dłużej nie może i powoli zabieram się do marszu w poszukiwaniu coraz to większej motywacji.

Póki co ze wszystkiego jestem do przodu. Staram się przygotowywać na bieżąco i jakoś mi się to udaje. Jednak nie robię nic z własnej woli, żeby pójść z materiałem do przodu. Mógłbym obwiniać taki stan rzeczy średnio dwoma sprawozdaniami tygodniowo, ale wiem, że gdybym chciał, to czas na naukę zawsze by się jakiś znalazł.

Powoli do przodu i będzie dobrze. Powoli do przodu!

Choroba jasna!
W poprzednim tygodniu zdołałem wreszcie wyleczyć się z choroby, która trzymała mnie wystarczająco długo, abym narobił sobie zaległości w frekwencji na kilku zajęciach. Na moje szczęście, poszło dość gładko – WF i statystyka nadrobione :)


Na spotkanie z wielkim światem!

Ostatnimi czasy pojawia się coraz więcej pracy związanej ze studiowaniem. Kolokwia, zaliczenia, a później ewentualne egzaminy. Myślałem, że nie zmuszę się do nauki od rana do wieczora, ale okazuję się być ambitną bestią i potrafię siedzieć do późnych godzin nad kolejnymi listami zadań. Mam nadzieję, że wraz z motywacją i ciężką pracą przyjdą także i dobre wyniki. Póki co, zaliczyłem grafikę inżynierską i laboratorium z technologii informacyjnych. To co najgorsze jeszcze przede mną.

Probowałem w międzyczasie trochę odchamieć. Poszedłem więc na konferencję firmy IBM, a później na spotkanie z prof. Leszkiem Balcerowiczem. Obydwa eventy wywarły na mnie spore wrażenie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wielką potęgą jest IBM oraz ile daje możliwości do samorozwoju w ramach programów e-learningowych. Różne ścieżki rozwoju, bogactwo perspektyw… ale w większości dla informatyków.

Trochę ciekawiej było na spotkaniu z profesorem Balcerowiczem. Może dlatego, że uwielbiam go słuchać. Zawsze, wszędzie i na każdy temat. Po prostu wychodzę z założenia, że trzeba czerpać jak najwięcej z doświadczenia i wiedzy “ludzi wielkich”. Wróćmy jednak do relacji! Z typową dla siebie swobodą, profesor wykładał nam swoją wizję odnośnie Polski dziś i jutro. Po części “prezentacyjnej” przyszła kolej na “pytania od publiczności”. Jak można było się spodziewać, w tłumie pojawił się znawca makroekonomii, który chciał udowodnić rzekome kłamstwa Balcerowicza, a także student z piątego roku podstawiony przez jednego z przeciwników politycznych, próbujący oczernić profesora faktami z 1994(!) roku. Muszę przyznać, że bardzo rozsądnym chwytem jest wysłanie działacza młodzieżówki, by wyciągał brudy z lat, kiedy był co najwyżej w przedszkolu. To wyglądało bardzo inteligentnie i subtelnie.

W każdym razie, moja motywacja dostaje niezłego kopa za każdym razem, gdy spoglądam na pakiet pt. “wizytówka IBMu i plakietka Kazdy ma swoj plan” :D


Wakacje o smaku studenckiego życia

Ta notka miała zostać opublikowana na początku września. Nie wiem, dlaczego nie została :p

Po ogłoszeniu wyniku matur zabrałem się za świętowanie. Wynik, jaki osiągnąłem pozwolił mi na rozpoczęcie studiowania na tym wydziale i kierunku, na który chciałem złożyć papiery. Życie dopiero teraz się tak naprawdę rozpocznie – od 1 października. Po wszystkich decyzjach, jakie podejmowałem w ciągu swojego żywota, stoję tu, gdzie od zawsze chciałem stać – jako student Politechniki Wrocławskiej (Wydział Elektroniki – Automatyka i Robotyka). Cieszę się, że od teraz to ja będę faktycznym kowalem własnego losu. Jednak w głębi serca odrobinę boję się tego, co może mnie spotkać podczas tej przygody. Czy dam radę? Czy podołam? To wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie: to jak bardzo się postaram, to jak ciężko będę pracował nad osiągnięciem sukcesu, to czy pozwolę by “sodówka” uderzyła mi do głowy.

Wiem, ile czasu i energii kosztowało mnie stawanie przed kolejnymi wyzwaniami i ciągłe przezwyciężanie własnych słabości, dzięki czemu dotarłem do tego punktu, dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby być jak najlepszym i “spędzić udane studia”.


Wyhaczysko na Barbadosie

Zakończyłem okres maturalny. Napisałem swój “egzamin dojrzałości” i oczekuję wyników. Mam nadzieję, że z tym rezultatem przyjmą mnie tam, gdzie chcę, a jeśli nie to i tak sobie dam radę.

Miałem zamiar rozliczyć gimnazjalno-licealną przeszłość, ale doszedłem do wniosku, że jeszcze trochę na to za wcześnie. Do końca wakacji postaram się zebrać w myślach te wszystkie dobre i mniej dobre chwile oraz podziękować ludziom, na których mi zależało.

Póki co streszczę wszystkim zniecierpliwionym czytelnikom bloga ostatnie wydarzenia.

W połowie maja nasza klasa zebrała się na “corocznym” ognisku u P. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, trup ścielił się gęsto, a weterani tamtej nocy przeżyli tak tragiczne wydarzenia, że do końca życia będą mieli o czym opowiadać swoim wnukom. Większość z kombatantów dowiedziała się czegoś nowego tego wieczoru, tj. śpiwory przetrwają wszystko oraz jeśli ktoś ma torbę z “lakierki”, to można robić z nią różne niecne rzeczy.

Zakończenie roku wraz z końcem maja. Jakoś specjalnie tego nie przeżyłem. Wcześniej widziałem już zakończenie roku mojej siostry, więc wiedziałem jak to będzie wyglądało. Nie rozumiem całego tego uniesienia związanego z rzucaniem beretu w górę. Może po prostu niektórzy potrzebują sygnału, że coś się kończy, a coś innego zaczyna. Nieważne. Nie jestem też wielkim fanem archiwizacji własnej facjaty w formacie .jpg i rozmiarach liczonych w megapikselach, dlatego nie biegałem za wszystkimi z aparatem. A jeśli już miałbym to robić, to prędzej biegałbym za najlepszymi dziewczynami z rocznika. Zdziwieni? Nikt nikomu nie odmówi ostatniego zdjęcia, a jak już korzystać to na całego!

Po zakończeniu miał miejsce bal/impreza. Właściwie ciężko nadać temu przedsięwzięciu konkretną nazwę mając na uwadze jej uczestników. Niektórzy skłaniali się ku nazewnictwu “bal absolwentów”, inni “bal maturzystów”. Ja opowiadałem się za tymi drugimi. W każdym razie, mniejsza o takie szczegóły! Impreza się udała. Trochę bałem się motywu przewodniego czyli “Piekło-Niebo”, ale ostatecznie wykombinowałem białą koszulkę i dodałem kilka napisów własnej roboty przy pomocy czarnego markera. Miałem mały dylemat przy wyborze designu ubioru, gdyż rozważałem różne slogany i ich umieszczenie na swoich szmatach. Ostatecznie zdecydowałem się z przodu na koncepcję kłamstwa męskiego i stałego myślenia o seksie – “[dymek od górnego końca koszulki (usta)] Kiedy z Tobą rozmawiam zawsze patrzę Ci prosto w oczy. [dymek od dolnego końca koszulki (Filemon)] Wykrywacz kłamstw: Kłamstwo!” oraz z tyłu na pomysł ze strzałką wzorowany na “jestem z moją dziewczyną”: “Jestem z Judaszem (strzałka w bok) On mnie nigdy nie zdradzi!”.

Tak, wiem, zbyt ciekawe to nie było, ale mając na uwadze, że większość tej imprezy będę tańczył pod okiem dyrektora i nauczycieli zrezygnowałem z rysunków typu mrugając plemnik pokazujący ok i podpisem “Szukaj nas w swoim Actimelu”. W każdym razie, większość imprezy przetańczyłem (kalecząc określenie tej czynności). Kto mnie widział tańczącego do piosenki Bee Geesów, długo tego nie zapomni!

Postanowiłem uruchomić własnego twittera (klik!), żeby zrozumieć całą tę wrzawę wokół 140-znakowych wiadomości.

Na razie to wszystko. Do rychłego zobaczyska!


O konkurencji

Od jakiegoś czasu przeglądam blogi innych. Nie wiem jak to się zaczęło. Może chciałem się wzbogacić intelektualnie albo po prostu dowartościować, że żyją jeszcze osoby, które mają do opowiedzenia interesujące historie i chwalą się jakąś wartościową twórczością fotograficzną. Szczerze to nie wiem, czy chciałem się okłamać, ale choćbym nie wiem jak bardzo chciał osiągnąć “zamierzenia”, to za Chiny mi się to nie uda.

Większość blogów to bezwartościowe gówna, gdzie każdy chce się wyżalić, wrzucić fotkę “z góry a la NK/fotka” lub podzielić swoimi “przemyśleniami”. Zabawne jest to, że niektórzy ludzie stawiają się w roli zbawicieli dzisiejszej młodzieży, inni chcą po prostu za wszelką cenę być innymi (o ironio), a cała reszta upatruje w blogowaniu szansę błyśnięcia kawałkiem ciała i dostania słodziutkiego “komciaczka” od znajomych typu “najpiękniejsze niunie 2009!VIP”.

Za każdym razem, gdy przeglądam blogi “okresowych filozofek”, nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Osoby, które w żadnym wymiarze nie stanowią ideału do naśladowania, próbują doradzać innym jak żyć. Niektórzy podpierają się Bogiem, drudzy orientalnymi piosenkami, a inni wierszami undergroundowych ćpunów (tu akurat nie dziwię się, czemu nigdy nie udało im się przebić przez “ground”). Zamiast gadać od rzeczy, zróbcie mi przysługę i wyjdźcie na dwór. Życie nie jest czarno-białe, szarości w nim ci dostatek. Wiele osób nie zaczyna swojej drogi na miękkiej trawce, tylko próbuje wyciągnąć pierwszą nogę z wielkiego gówna na środku bagna. Dlatego jeśli ktoś nie wie jak to jest zaczynać od małych kroków i radzi każdemu zaczynać od skakania na nartach w ramach lotów narciarskich, to taki “doradca-specjalista” powinien wstrzymać z dawaniem bezcennych złotych rad, które można wyczytać na wszystkich portalach wsparcia.

Z ciekawości zanurzyłem się w scenę japan-rockową na photoblog.pl. Okazuje się, że każda z nich ma fioła na punkcie makijażu pod każdą postacią oraz lubuje się we wszelkiej maści piercingu. Tu akurat zero zdziwienia z mojej strony. Czytam filozoficzne wypociny… Każda z nich kocha innego wokalistę, każda chwali się swoją “japońskością” oraz każda musi mieć konflikt z rodziną. Nikt ich nie rozumie poza Japończykami, których podglądają przez kamery umieszczone w najbardziej ruchliwych miejsach dużych miast Kraju Kwitnącej Wiśni. Strasznie ubawił mnie tekst, że tępe blondyny są takie głupie, bo się ciągle malują i wyglądają jak dziwki. Wygląd, wyglądem – rzecz względna, ale akurat argument makijażu _odrobinę_ chybiony. Po czym poznać jfankę? Wykrzykuje kilka wyrazów po japońsku, które są całym bogatym zasobem słownictwa w tymże języku, ciągle podkreśla, że nie jest emo oraz używa ksyw wokalistów na przemian z przekleństwami. Papieros w buzi jest sugoi, a przypinka z Myvem normalnie subarashii!

Nasza-klasa stała się rajem dla VIPów, prawdziwą strefą zamkniętą dla wybitnie zasłużonych. Tak może się wydawać po przejrzeniu niektórych profili. Każdy jest “very important”, znawcą tablic ASCII lub Arabem rozkoszującym się w przedziwnych tasiemkach przy nazwisku. Nie dziwi mnie to, że ludzie są różni, ale sam fakt oglądania kilkuletnich dziewczyn pozujących jak dziwki budzi mój niesmak. Cóż, pewnie absolwenci “Wyższej Szkoły Lansu i Baunsu” będą mieli się czym pochwalić przed rodzicami.

Czasami wydaje mi się, że jestem coraz bliżej ostatecznego sformułowania swojej myśli o syndromie ludzkim, ale brakuje mi jeszcze kilku puzzli, by ukończyć tę układankę.

PS. Tak, większość zespołów visual keiowych przypomina Tokio Hotel. Krzyki fanek o średniej wieku 12 tylko potwierdzają tę tezę. Get over it.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.