Od jakiegoś czasu przeglądam blogi innych. Nie wiem jak to się zaczęło. Może chciałem się wzbogacić intelektualnie albo po prostu dowartościować, że żyją jeszcze osoby, które mają do opowiedzenia interesujące historie i chwalą się jakąś wartościową twórczością fotograficzną. Szczerze to nie wiem, czy chciałem się okłamać, ale choćbym nie wiem jak bardzo chciał osiągnąć “zamierzenia”, to za Chiny mi się to nie uda.
Większość blogów to bezwartościowe gówna, gdzie każdy chce się wyżalić, wrzucić fotkę “z góry a la NK/fotka” lub podzielić swoimi “przemyśleniami”. Zabawne jest to, że niektórzy ludzie stawiają się w roli zbawicieli dzisiejszej młodzieży, inni chcą po prostu za wszelką cenę być innymi (o ironio), a cała reszta upatruje w blogowaniu szansę błyśnięcia kawałkiem ciała i dostania słodziutkiego “komciaczka” od znajomych typu “najpiękniejsze niunie 2009!VIP”.
Za każdym razem, gdy przeglądam blogi “okresowych filozofek”, nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Osoby, które w żadnym wymiarze nie stanowią ideału do naśladowania, próbują doradzać innym jak żyć. Niektórzy podpierają się Bogiem, drudzy orientalnymi piosenkami, a inni wierszami undergroundowych ćpunów (tu akurat nie dziwię się, czemu nigdy nie udało im się przebić przez “ground”). Zamiast gadać od rzeczy, zróbcie mi przysługę i wyjdźcie na dwór. Życie nie jest czarno-białe, szarości w nim ci dostatek. Wiele osób nie zaczyna swojej drogi na miękkiej trawce, tylko próbuje wyciągnąć pierwszą nogę z wielkiego gówna na środku bagna. Dlatego jeśli ktoś nie wie jak to jest zaczynać od małych kroków i radzi każdemu zaczynać od skakania na nartach w ramach lotów narciarskich, to taki “doradca-specjalista” powinien wstrzymać z dawaniem bezcennych złotych rad, które można wyczytać na wszystkich portalach wsparcia.
Z ciekawości zanurzyłem się w scenę japan-rockową na photoblog.pl. Okazuje się, że każda z nich ma fioła na punkcie makijażu pod każdą postacią oraz lubuje się we wszelkiej maści piercingu. Tu akurat zero zdziwienia z mojej strony. Czytam filozoficzne wypociny… Każda z nich kocha innego wokalistę, każda chwali się swoją “japońskością” oraz każda musi mieć konflikt z rodziną. Nikt ich nie rozumie poza Japończykami, których podglądają przez kamery umieszczone w najbardziej ruchliwych miejsach dużych miast Kraju Kwitnącej Wiśni. Strasznie ubawił mnie tekst, że tępe blondyny są takie głupie, bo się ciągle malują i wyglądają jak dziwki. Wygląd, wyglądem – rzecz względna, ale akurat argument makijażu _odrobinę_ chybiony. Po czym poznać jfankę? Wykrzykuje kilka wyrazów po japońsku, które są całym bogatym zasobem słownictwa w tymże języku, ciągle podkreśla, że nie jest emo oraz używa ksyw wokalistów na przemian z przekleństwami. Papieros w buzi jest sugoi, a przypinka z Myvem normalnie subarashii!
Nasza-klasa stała się rajem dla VIPów, prawdziwą strefą zamkniętą dla wybitnie zasłużonych. Tak może się wydawać po przejrzeniu niektórych profili. Każdy jest “very important”, znawcą tablic ASCII lub Arabem rozkoszującym się w przedziwnych tasiemkach przy nazwisku. Nie dziwi mnie to, że ludzie są różni, ale sam fakt oglądania kilkuletnich dziewczyn pozujących jak dziwki budzi mój niesmak. Cóż, pewnie absolwenci “Wyższej Szkoły Lansu i Baunsu” będą mieli się czym pochwalić przed rodzicami.
Czasami wydaje mi się, że jestem coraz bliżej ostatecznego sformułowania swojej myśli o syndromie ludzkim, ale brakuje mi jeszcze kilku puzzli, by ukończyć tę układankę.
PS. Tak, większość zespołów visual keiowych przypomina Tokio Hotel. Krzyki fanek o średniej wieku 12 tylko potwierdzają tę tezę. Get over it.
Marzec 20th, 2009 at 20:01
Co do opisanych przez Ciebie blogów – nie ma co komentować, po prostu nic dodać, nic ująć.
A przez to, że jest coraz więcej takich ‘typowych’ jfanek, japońska muzyka jest negatywnie kojarzona z VK, a wbrew pozorom w Japonii jest mnóstwo świetnych zespołów, bijących 90% “najlepsiejszych” kapel VK na głowę.
W dodatku teraz wiele osób jak słyszy określenie “fan(ka) japońskiej muzyki” to ma przed oczami stworzenie tak do 19 roku życia, coś między emo a metalem słuchające kiczowatych zespołów z ostrym makijażem/słodziutkich chłopczyków. Fascynuje mnie kultura Japonii, w szególności muzyka, ale od VK zdecydowanie się odcinam. Czasami zdarzy się, że jakiś nowy zespół VK ciekawie gra, a “nowy, ciekawy zespół vk” = złoty pierścionek na palcu gnijącego trupa.
Nie pozostaje nic innego niż przyjęcie postawy “don’t give a fuck” i poznawanie ciekawszych zespołów. Nie ma co się bawić w moralizatora. xd
Btw: szkoda, że Twojego bloga nie czytają jfanki(sry, vk-fanki), ciekawy flame by był.
Marzec 20th, 2009 at 20:47
Bardzo dojrzały wpis. Prawdę mówiąc przypominasz takiego małego Housa wersja Lite polskich realiów
Internet jest niestety dostępny dla wszystkich (o zgrozo), więc nie dziw się że `większości narodowe` (pokemony, emo, trolle etc.) będą przedstawiać swoje racje ukraszone oczojebnymi różami czy depresogennymi czerniami. Takie życie. Każdy chce być tym jedynym/jedyną i mieć własnego bloga i własne (znacząca pauza) filozofie i sposób na życie. Co innego że ten sposób na życie nie jest sprawdzony empirycznie, gdzie tam.
Każda subkultura czy grupa ludzi będzie posiadać przedstawicieli skrajnych grup: będą non-stop cytujące dwa wyrazy na krzyż fanki japońskiej muzy; będą dresy z łepetyną bardziej błyszczącą niż zderzaki ich Golfów3; będą hiphopowcy `bling bling` ciągle podskakujący do donośnego `kurwa` i rymów do ww. wyrażenia.
Musisz zauważyć że nie wszystkie blondynki są głupie, nie wszystkie dresy muszą dokuczać dzieciom i zabierać im cukierki.
Wszystko co znajdziesz w internecie jest, przynajmniej, trzykrotną potęgą wszystkich skrajnych osobowości/filozofii/czynów etc. jakie znajdują się rzeczywiście, poza monitorem, tuż za drzwiami. Każdy chce być po prostu, goddamit, unikalny.
Marzec 21st, 2009 at 11:05
Od blogów z “filozofiami” gorsze są dla mnie internetowe pamiętniki, na których autor/ka (najczęściej jednak dziewczyna, niestety) dokładnie omawia każdy szczegół swego dnia. Żeby chociaż coś ciekawego się wydarzyło! Cały opis okraszony jest niezliczoną ilością emotikonek. Dodatkowo jeszcze co kilka zdań autor/ka nawołuje o “komciaczki” lub wyraża żal, że jest ich tak niewiele.
Co do owej inności, to wydaje mi się, że ktoś, czytający Twój blog, mógłby to samo pomyśleć. Dopóki nie znasz autora, ciężko Ci go oceniać. Aczkolwiek muszę się zgodzić, że z niektórych zdań, wpisów, blogów chęć wyróżnienia się, takiego sztucznego, aż bije po oczach.
Wśród j-fanek są i takie, które po prostu lubią tę muzykę, ale zawsze dziwiło mnie, jak można słuchać tylko tych zespołów, które pochodzą z określonego kraju, niezależnie o gatunku, etc.